2026-07-23
America First!
To już ostatni tekst z zakończonych mistrzostw świata. Zacząłem się zastanawiać jakie towarzyszyło im hasło przewodnie i raczej bez problemu je znalazłem.
Jak wyglądały mistrzostwa od strony sportowej, chyba każdy na własny użytek potrafi ocenić. Mnie jednak interesowało coś więcej, skoro miałem okazję przyjrzeć się imprezie z bliska. I doszedłem do wniosku, nie sądzę, żeby był efekciarski, że przypominały kraj, w którym odbył się finał. A skoro tak, starano się wszystko podporządkować hasłu, wybitemu w tytule, które bym przetłumaczył jako – „Ameryka przede wszystkim”, a które wciela w życie z brutalną konsekwencją jej miłościwie panujący po raz drugi prezydent Donald Trump. Dlatego liczy się tylko siła i pieniądz.
Czyli wszystko co amerykańskie jest najlepsze, a jeśli nawet nie jest, trzeba się postarać, by tak było zauważane i postrzegane. Amerykanie chyba za bardzo uwierzyli w siłę swojej reprezentacji po meczach grupowych, dlatego postanowili jej pomóc idąc na skróty i stąd żenująca afera z Folarinem Balogunem. Znalazłem nawet pewne porównanie, które dość dobrze oddaje siłę tej drużyny. Na początku finałów amerykańscy piłkarze rzeczywiście prezentowali się nieźle. Ale nie na tyle, by poważnie komuś zagrozić, o czym pewnie marzył ich prezydent.
Po przeciwnej stronie ulicy, przy której w stanie New Jersey znajduje się stadion goszczący finał, zbudowano wielkie centrum szeroko rozumianej rozrywki - American Dream. I niech to będzie hasło dla amerykańskiej reprezentacji na najbliższe lata, raczej dziesięciolecia. Niby blisko samego szczytu światowej piłki, blisko finałowego stadionu, ale jednak rozdzielone ruchliwą ulicą, bo to jednak ciągle bardziej marzenie niż realny potencjał.
Nie przypominam sobie żadnego finału poprzednich mistrzostw świata czy Europy, który zostałby poprzedzony odśpiewaniem hymnu gospodarza imprezy. A tak było w niedzielę na wspomnianym stadionie. Choć na logikę, powinny zostać odśpiewane trzy hymny, bo tylu było przecież gospodarzy imprezy. Ale ponieważ America First, więc kto by się przejmował pozostałą dwójką?
Sam też miałem pośrednio okazję przekonania się, co w praktyce może oznaczać owe hasło. Gdy dotarłem z wielkimi problemami do Stanów Zjednoczonych, w pierwszym tekście po drugiej stronie Atlantyku napisałem:
„W sobie mam tyle pokory, że postanowiłem nie rozwijać tematu, żeby niepotrzebnie nie prowokować złego losu przed powrotem. A po nim wyspowiadam się w szczegółach, przyrzekam!”
I słowa dotrzymuję. Otóż teraz mogę już bez zbędnego prowokowania złego losu przyznać, że niewiele brakowało, bym w ogóle mistrzostw nie obejrzał przez pewien drobiazg. Otóż na bilecie znajdowało się moje nazwisko i tylko pierwsza litera imienia. Czy to mój błąd przy wypełnieniu „okienka” z imieniem podczas zakupu biletu (wręcz nieprawdopodobne, bym wpisał tylko jedną literę!), czy jakiś błąd systemu? To już nie do sprawdzenia. Wydawało się, że niby nic szczególnego, że tak właśnie te dane osobowe są w skróconej formie podawane na biletach. Nic podobnego!
Poinformowano mnie, że musi być tak jak w paszporcie, czyli z pełnym imieniem. Pani na lotnisku Okęcie w Warszawie stwierdziła jeszcze:
„Gdyby chodziło o Europę, pewnie nikt by na to nie zwrócił nawet uwagi. Ale jak się leci do Stanów, najmniejszy drobiazg musi się zgadzać. Inaczej człowieka nie wpuszczą…”
I tak spędziłem chyba najbardziej stresujące pół godziny ostatnich lat życia, gdy ważyły się losy mojego wylotu. Pani w przypływie szczerości wyznała, że pierwsza wersja po analizie przypadku była następująca – potrzebny jest zakup nowego biletu! Ostatecznie jednak dział wizowy LOT, bo tymi liniami leciałem, poczynił odpowiednie uwagi w systemie i ostatecznie do samolotu zostałem wpuszczony. Dlatego (musi być trochę wazelinki, naprawdę musi!!!) wielkie podziękowania dla pracowników tego działu, że nie przestraszyli się wielkiego Wuja Sama narzucającego reszcie świata swoje warunki (America First!) i potrafili mu się w konsekwencji postawić, czyli zadbali przede wszystkim o interes swojego rodaka (Poland First!).
A ponieważ to Ameryka, więc podczas mistrzostw liczyło się głównie zarabianie pieniędzy. Bilety na mecze były strasznie drogie. Mój znajomy z San Francisco słusznie zauważył, że za drogie, więc z oglądania na żywo mistrzostw świadomie zrezygnował. I tylko z pewnym rozgoryczeniem zauważył:
„Ale skoro stadiony pełne, to znaczy, że mimo wszystko ktoś tyle płaci…”
Na pewno sprzedaż biletów przyniosła ogromne zyski. I chyba wszystko związane z mistrzostwami kalkulowano jedynie pod tym kątem. Odniosłem wrażenie, że boiskowe popisy przyjezdnych piłkarzy były tylko warunkiem koniecznym do zarabiania pieniędzy.
Znajomy poprosił mnie, bym kupił mu oficjalny program mistrzostw. Pytałem w kilku biurach prasowych i oficjalnych sklepach FIFA. Nikt o takim nie słyszał. A przecież wydawane są tradycyjnie na wszystkie ważne imprezy czy pucharowe finały. Na mistrzostwach Europy przed dwoma laty w Niemczech, nie tylko był oficjalny program na całą imprezę, ale jeszcze dodatkowe na półfinały i finał.
Widocznie teraz skalkulowano, że ich sprzedaż przyniesie zbyt mały zysk, więc zwyczajnie z tego produktu o małym potencjale sprzedażowym zrezygnowano. Biznes przede wszystkim. Na pewno przed imprezą przygotowano program potencjalnych zysków z niej płynących. I właśnie ten program okazał się najważniejszy.
▬ ▬ ● ▬








