2026-07-06
Budowanie marki
W niedzielę w Nowym Jorku spodziewano się burzy. I rzeczywiście była, ale w zupełnie innej części świata. Do tego z potężnymi wyładowaniami.
Znowu będzie o pogodzie, bo musi. Od tego w Stanach Zjednoczonych trudno uciec, przynajmniej w ostatnich dniach. W niedzielę od rana w Nowym Jorku było pochmurno i bardzo duszno. I tak luksus w porównaniu z poprzednimi dniami, gdy lał się z nieba słoneczny żar trudny do wytrzymania.
W prognozach pogody zapowiadano na wieczór deszcz. Nie do końca tylko było wiadomo z jakim prawdopodobieństwem i dokładnie kiedy - jeszcze podczas meczu Brazylii z Norwegią czy już po jego zakończeniu? Jeśli pierwsza opcja z wyładowaniami atmosferycznymi, trzeba go będzie przerwać (zgodnie z obowiązującym w Stanach Zjednoczonych prawem) i wznowić dopiero, gdy pogoda się ustabilizuje, czyli nie wiadomo kiedy. A dzień wcześniej w Filadelfii przekonałem się jak potrafi tam padać, choć na szczęście dopiero jakiś czas po końcowym gwizdku.
Najpierw pomyślałem, że uczestniczenie w takim zawieszonym na jakiś czas meczu byłoby ciekawym doświadczeniem. Przecież nigdy wcześniej nie przeżyłem czegoś podobnego. Byłoby co powspominać. Ale szybko przyszło opamiętanie. Czekać (może nawet) godzinę czy dwie na dokończenie występu Brazylijczyków z drużyną uważaną za jedną z rewelacji mistrzostw? To byłaby katorga.
Gdy grają Brazylijczycy, zawsze zaczyna się swoiste podniecenie. I na trybunach, i w mediach. Wszyscy czekają na ich mecz w nadziei, że będzie pełen piłkarskich fajerwerków. Odkąd pamiętam, tak jest od lat na każdych mistrzostwach świata. Na spotkania Brazylijczyków tradycyjnie najtrudniej się dostać. Nawet jak ktoś ich zleje, co przecież następuje regularnie już od kilkudziesięciu lat, a lokalne media ogłaszają jako koniec świata, za cztery kolejne wszyscy znów wyczekują na coś wyjątkowego.
Na trybunach nie słychać głośnego dopingu. One się raczej kołyszą i pulsują w rytmach samby. Ktoś zawsze wybija odpowiedni rytm na bębnach, a reszta namiętnie się mu poddaje wzmacniając ten rytm śpiewem. Niczym piłkarski piknik, który brutalnie kończy się dla imprezowiczów, gdy ktoś w końcu odprawi ich reprezentację do domu, a marzenia o szóstym tytule mistrzów świata, trzeba odłożyć co najmniej na cztery lata.
Należało więc zadać sobie pytanie, czy rewelacyjnie spisująca się Norwegia będzie kolejnym katem niepoprawnych wirtuozów futbolu? Była. Brazylia przeważała, Norwegia wygrała po dwóch golach niezawodnego Erlinga Bruta Haalanda w drugiej połowie. Wprowadzony przez Carlo Ancelottiego z ławki Neymar zmniejszył rozmiary porażki zdobywając bramkę z rzutu karnego w dziesiątej minucie doliczonego czasu gry. Na wyrównującą Brazylijczykom już nie starczyło czasu.
W ich ojczyźnie rozpętała się burza z piorunami, jak zawsze w podobnych sytuacjach. Można złośliwie stwierdzić, że to już taka nowa, świecka tradycja od kilkudziesięciu lat podczas każdych kolejnych finałów mistrzostw świata. Nie mam wątpliwości, że mądre głowy zaczną teraz analizować od podszewki tę porażkę. Mnie wystarczy prosta analiza zdroworozsądkowa.
Brazylia miała na początku meczu rzut karny, którego nie wykorzystał Bruno Guimaraes, gdy piłkę po jego uderzeniu wspaniale obronił Orjan Nyland. Brazylia miała w drugiej połowie piłkę meczową, gdy wprowadzony świeżo na boisko Endrick nie wykorzystał wymarzonej sytuacji będąc sam przed bramkarzem. Jak masz takie dwie okazje i bramki nie strzelasz, jak chcesz awansować do ćwierćfinału? Brazylia najpierw przegrała sama ze sobą. dopiero potem z Norwegią. Nie uciekniemy od banału - przede wszystkim skuteczność!!! W ataku i w obronie. Dlatego do bólu skuteczni Norwegowie grają dalej.
Widziałem jak po meczu reagowali mieszkańcy miasteczka Carlstadt, znajdującego się tuż przy stadionie w New Jersey, gdy jego ulicami szli kibice zwycięskiej drużyny. Pewien mężczyzna stojący przed swoim domem bił im brawo i skandował: “Norway, Norway…”, a kierowcy samochodów pozdrawiali naciskając na klaksony.
Norwegowie właśnie zbudowali piłkarską markę, która wdrapała się już niemal na sam szczyt. Brazylijska marka jeszcze bardziej straciła na wartości.








