Prawie cud

Fot. Trafnie.eu

Dotarłem do Stanów Zjednoczonych, by obejrzeć końcową część finałów mistrzostw świata. Już sama podróż to temat na rozdział do książki. Mam nadzieję, że taka kiedyś powstanie. 

Te mistrzostwa zaczęły się dla mnie mniej więcej na początku roku i zdążyły… zakończyć, nawet nie raz. Na szczęście tylko w teorii. Zacząłem rozpatrywać różne warianty wyjazdu. Na początku dominował ten z prawdopodobną bazą w Teksasie, skoro Polska jeszcze wtedy mogła grać, po ewentualnym awansie do finałów, w Dallas i Houston i jeszcze dalej na południe w meksykańskim Monterrey. 

Żeby rozpocząć aplikowanie o akredytację należało najpierw otrzymać specjalny kod dostępu  dystrybuowany przez FIFA. Czas na rozpoczęcie tego procesu mijał 31 marca. Ponieważ do tego dnia nic nie dostałem, napisałem maila z prośbą “tylko o potwierdzenie”, że taki nie został mi przydzielony dodając, że “przyjmuję tę decyzję z pokorą”, bo zdążyłem się już pogodzić z porażką. Ale kod jednak przyszedł, dwa dni po terminie z adnotacją, że dla mnie czas na aplikowanie został wydłużony.

Rozpoczęła się próba wdrożenia planu B, tym razem w oparciu głównie o wschodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych. Uznałem, że porywanie się na oglądanie meczów na całym terytorium trzech krajów, które mistrzostwa organizują, czyli także Kanady i Meksyku, byłoby czystym szaleństwem. 

Ale dni mijały, a ja nie miałem potwierdzonego zakwaterowania na poziomie, który nie zrujnował by mnie finansowo. Nawet biorąc pod uwagę, że zdecydowałem się jechać już tylko na drugą część imprezy. I wtedy nastąpiła kolejna brutalna weryfikacja moich planów, czy może już marzeń. Z FIFA przyszedł mail, że wyznaczony mi termin aplikowania o akredytację minął. 

Postanowiłem jednak walczyć. Napisałem odpowiedź z prośbą o przedłużenie go o kolejny tydzień. Wyjaśniłem, że dopóki nie będę miał potwierdzenia wszystkich niezbędnych rezerwacji, o akredytację nie wystąpię. Bo nie chcę się ośmieszać, żeby ją ewentualnie odwoływać, dosłownie chwilę po tym, jak ją dostanę. Wtedy z FIFA przyszedł kolejny mail, żebym jednak aplikował i się nie martwił na zapas. Najwyżej później wszystko odwołam… Tak zrobiłem, już z mniejszym ciśnieniem, starając się dograć wszelkie niezbędne rezerwacje. 

I gdy po tej wielomiesięcznej walce wreszcie wszystko udało się dograć i porezerwować, gdy stanąłem na lotnisku, by wsiąść do samolotu do Nowego Jorku, nagle się okazało, że przed drobny błąd w dokumentach mogą mnie nie wpuścić do samolotu!!!. Kazali zgłosić się za pół godziny, by w tym czasie próbować rozwiązać problem. To było zdecydowanie najgorsze pół godziny w moim życiu w ostatnich latach. Przez głowę zaczęły przelatywać najczarniejsze myśli i wniosek, że życie nieustannie uczy pokory. Już prawie się pogodziłem, że Stanów Zjednoczonych jednak nie zobaczę. Ale stał się chyba cud, bo problem udało się rozwiązać, więc piszę już z drugiej strony Atlantyku. A w sobie mam tyle pokory, że postanowiłem nie rozwijać tematu, żeby niepotrzebnie nie prowokować złego losu przed powrotem. A po nim wyspowiadam się w szczegółach, przyrzekam!   

Na razie jestem wykończony ostatnimi przeżyciami. Ale spokojnie, w sobotę wybieram się do Filadelfii na mecz Francji z Paragwajem. W niedzielę mam nadzieję zobaczyć w New Jersey starcie Brazylii z Norwegią. Jestem pewny, że werwa wróci. Musi, bo na tych mistrzostwach emocje na najwyższym poziomie chyba dopiero się zaczynają. 

▬ ▬ ● ▬