Efekt gwarantowany

Fot. Trafnie.eu

Efekt gwarantowany
W subiektywnym podsumowaniu tygodnia jeszcze o meczu, którego wynik ciągle stanowi temat do dyskusji. Niektóre komentarze są nawet… śmieszne.

Z wielu przebija wniosek, że polska drużyna nie potrafi bronić. I na dodatek traci kluczowe bramki w ostatnich minutach meczów, które decydują o jej losie w całych rozgrywkach. Tak było w Lidze Narodów ze Szkocją i niedawno w eliminacjach do mistrzostw świata ze Szwecją.

Paradoksalnie, bazując na opiniach przewijających się w rodzimych mediach, można było odnieść wrażenie, że akurat w linii defensywnej reprezentacji wreszcie będzie mur nie do przebicia. A można było podpierając się komplementami na temat dwóch polskich obrońców grających od początku sezonu w lidze portugalskiej w FC Porto – Jana Bednarka i Jakuba Kiwiora. Nazywano ich „profesorami”, a linię obrony, w której występowali - „skałą” nie do przebicia. Na dodatek podawano niezwykle korzystne statystyki z tym związane.

Jak to więc możliwe, że po meczach barażowych z Albanią i Szwecją akurat oni są najczęściej najbardziej krytykowani? Odpowiedź na pytanie może stanowić sformułowanie innego, którego ich rodacy nigdy nie postawili – skoro są tacy dobrzy w Portugalii, dlaczego ktoś ich puścił z Anglii? Obaj występowali przecież w Premier League. Bednarek w poprzednim sezonie w linii obrony Southampton, czyli najsłabszej drużyny ligi, która z niej spadła tracąc najwięcej bramek – 86. Kiwior w Arsenalu rywalizującym o mistrzostwo, ale przez kilka sezonów nie potrafił wywalczyć sobie stabilnej pozycji w wyjściowym składzie.

Skoro obaj byli do wzięcia i nikt z Premier League ich nie zatrzymał, a teraz są gwiazdami w Portugalii, nasuwa się prosty wniosek – jak bardzo musi się różnić poziom rozgrywek ligowych w obu krajach. Pokazał to niestety mecz ze Szwecją. Dwie z trzech bramek strzelili naszym napastnicy z Premier League - Anthony Elanga (Newcastle United) i Viktor Gyökeres (Arsenal).

Teraz ten, który musi wszystko komentować, nawet to, czego komentować nie powinien. Gdy prezes PZPN Cezary Kulesza zakomunikował za pośrednictwem mediów społecznościowych, że Jan Urban pozostanie selekcjonerem reprezentacji, Zbigniew Boniek tak się do tego odniósł (za: goal.pl):

„Bardzo się cieszę, że Jasiu zostaje. Ale… forma tego ogłoszenia mnie nie przekonała. Według mnie prezes, skoro był przekonany do tej decyzji, to powinien przyjść dzień przed meczem na konferencję prasową i powiedzieć: proszę państwa, los trenera nie zależy od jednego meczu, od 90 minut. Trener zostaje do końca eliminacji EURO”.

Brawo! Szkoda, że były prezes PZPN ma krótką pamięć. Ja niestety (dla niego) mam lepszą, dlatego przypomnę co napisałem w 2017 roku po awansie reprezentacji do finałów mistrzostw świata:

„Na poniedziałkowej konferencji prasowej pan prezes razem z selekcjonerem rozdawali sobie nawzajem uśmiechy. Atmosfera była naprawdę przyjemna. Ktoś próbował ją zakłócić kłopotliwym pytaniem, jednak Boniek szybko i skutecznie dał odpór jakimkolwiek wątpliwościom.

Pytanie dotyczyło kontraktu selekcjonera, a właściwie terminu jego zakończenia. Adam Nawałka wywalczył awans do kolejnych finałów, niektórzy z tego powodu chcą mu już stawiać pomnik, ale pan prezes nie ma zamiaru być członkiem komitetu jego budowy.

Kontrakt selekcjonera, automatycznie przedłużony po zakończeniu eliminacji, będzie obowiązywał do końca finałów mistrzostw świata. Tylko do końca. Żadnej nagrody za awans w postaci przedłużenia na kolejne eliminacje nie będzie. Pan prezes wyjaśnił:

»Jeśli chodzi o dalsze plany, to nie ma o czym mówić. Jesteśmy przyjaciółmi, znamy się i wystarczy, że dzień po ostatnim meczu spojrzymy sobie w oczy. Mogą być różne scenariusze. Może Adam zdobędzie mistrzostwo świata i wtedy ktoś mógłby do niego przyjść i dać mu dziesięć - dwanaście milionów euro. Ja będę pierwszy, który go tam wyśle, by był zadowolony. Zobaczymy, co się zdarzy. Dzień po mistrzostwach spotkamy się na kawie i porozmawiamy«.

Czyli pan prezes znakomicie... ześlizgnął się z tematu. Nie pierwszy raz zresztą, bo przyznać muszę z uznaniem, że „ma gadane”. Dlatego potrafi niejednego omotać. Część mediów, bezgranicznie mu oddana, słucha go jak kaznodziei, nie śmiąc nawet w czymkolwiek podważać jego argumentacji”.

Ja ze swoim wyjątkowo wrednym charakterem robię od lat dokładnie na odwrót.

I na koniec jeszcze o jednym żartownisiu (za: przegladsportowy.onet.pl):

„W rozmowie w »Kanale Zero« Czesław Michniewicz zwrócił uwagę, że przerwa reprezentacyjna trwa 10 dni, co jego zdaniem daje możliwość rozegrania dwóch spotkań w finałach baraży.

- Skoro przerwa reprezentacyjna trwa 10 dni, to niech w półfinałach będzie jeden mecz, a później co szkodzi, żeby zagrać mecz i rewanż? Gramy w sobotę w Szwecji, zagrajmy w środę w Polsce. Wtedy jest uczciwie. Grasz o wielkie pieniądze, wielkie kariery. Teraz tego nie zmienimy, ale mówię to na przyszłość. Po takim meczu, grając rewanż u siebie, Polacy pojechaliby na mistrzostwa - powiedział Michniewicz”.

Doprawdy genialne. Szkoda, że wspomniany Michniewicz jeszcze jako selekcjoner polskiej reprezentacji nie proponował rewanżu, gdy w 2022 roku W JEDNYM MECZU ograł w Chorzowie Szwedów i awansował do finałów mistrzostw świata.

Pomyślałem, że skoro jemu zbiera się na żarty, więc ja całkiem poważnie powinienem napisać oficjalny list do PZPN. Podczas właśnie zakończonych eliminacji do mistrzostw świata nie byłem tylko na dwóch meczach Polaków – wyjazdowych z Finlandią i Szwecją. Oba przegrali. Chyba ktoś trzeźwo myślący w związku powinien mi zapewnić dodatkowe miejsce w ekipie na wszystkie mecze kadry! Warto we mnie trochę zainwestować, skoro swoją obecnością (przemawiają za tym twarde fakty) gwarantuję zawsze korzystny wynik.

▬ ▬ ● ▬