2025-10-03
Górnik jednak ważniejszy
Cztery polskie drużyny zainaugurowały w czwartek występy w Lidze Konferencji. Choć trzy odniosły zwycięstwa, wnioski z meczów są dalekie od euforii.
Przynajmniej dla mnie, bo podejrzewam, że redaktorzy zajmujący się w ostatnich miesiącach zliczaniem punktów do klubowego rankingu UEFA weszli w stan przynajmniej mocnego podniecenia. Ja z pokorą przyjąłem wydarzenia już w pierwszym meczu, w którym Jagiellonia Białystok pokonała Ħamrun Spartans 1:0. Zwycięstwo naprawdę cenne, biorąc pod uwagę przebieg rywalizacji.
Z czterech polskich drużyn walczących w pierwszej rundzie Ligi Konferencji wydawało się, że w teorii Jagiellonia powinna mieć najłatwiejsze zadanie. Gdyby na przykład w kwalifikacjach do europejskich pucharów wylosowała zespół z Malty, komentarze były w ojczyźnie jednoznaczne – jego wyeliminowanie stanowi obowiązek!
Boiskowa praktyka brutalnie rozprawiła się z teorią, na szczęście jedynie do pewnego stopnia. Po pierwszej połowie było... 3-0 dla Ħamrun, ale tylko w celnych strzałach oddanych na bramkę. Maltańczycy szybko pokazali, że w Białymstoku nie będą wyłącznie dostarczycielami punktów. Dobrze, że Jesús Imaz strzałem spoza pola karnego zdobył zwycięską bramkę. Jeszcze lepiej, że jego drużyna żadnej nie straciła, bo goście jedną mogli, czy nawet powinni zdobyć. I niech to będzie lekcja dla polskich drużyn przed pięcioma kolejnymi rundami Ligi Konferencji, by żadnego rywala w nich nie lekceważyć.
Na pewno nie zrobiły tego w czwartek dwie kolejne, które pewniej wygrały mecze. Szczególnie Lech, pokonując w Poznaniu austraiacki Rapid Wiedeń aż 4:1, a gdyby Mikael Ishak wykorzystał karnego, zwycięstwo byłoby jeszcze wyższe. Grzech byłoby narzekać też na wynik w Sosnowcu, gdzie z konieczności w fazie ligowej europejskich pucharów musi występować Raków Częstochowa, ciągle nie posiadający odpowiedniego stadionu. Pokonał tam rumuńską Universitateę Craiova 2:0.
I na koniec niestrawny deser stanowiący potwierdzenie dziennikarskiej tezy, że przegrani bywają medialnie znacznie ciekawsi od wygranych. Stało się tak za sprawą rumuńskiego trenera Legii Edwarda Iordănescu. Gdy przed mecze jego drużyny w Warszawie z tureckim Samsunsporem podano wyjściowe jedenastki okazało się, że postanowił zastosować rotowanie składem. Poza bramkarzem Kacprem Tobiaszem pozostałych z ostatniego wyjściowego składu meczu Ekstraklasy z Pogonią Szczecin posadził na ławie.
Zabieg więcej niż ryzykowny, bo kosztował Legię porażkę 0:1. Goście poza zdobytą bramką w pierwszej połowie, mogli strzelić jeszcze drugą po przerwie. Poza tym Legia atakował, atakowała, atakowała, ale klarownych sytuacji do wyrównania nie stwarzała, więc przegrała.
Decyzja Iordănescu nie pierwszy raz stanowi dowód absurdu w rodzimej piłce. Drużyny walczą o miejsce gwarantujące start w europejskich pucharach, bo to dla nich finansowy zastrzyk. A gdy już się w nich znajdą, odpuszczają, by nie tracić energii przez kolejnym meczem ligowym Ekstraklasy, bowiem priorytet stanowi dla nich wywalczenie awansu do kolejnej edycji europejskich pucharów. Dlatego dla Rumuna, którego zatrudniono, by odzyskał mistrzostwo Polski dla Legii, ważniejszy od Samsunsporu był Górnik Zabrze, z którym zagra w niedzielę. Taka absurdalna prawda.
▬ ▬ ● ▬







