I znów drogą na skróty...

Reprezentacja Polski zakwalifikowała się do finałów mistrzostw Europy do lat 21 bez konieczności gry w barażach. Podobno stał się cud. Zastanawiam się kiedy.

W poniedziałek ta reprezentacja doznała klęski w ostatnim meczu eliminacji grupowych przegrywając w Pescarze z Włochami 2:6. Przed ostatnią kolejką rozgrywek miała komplet zwycięstw, dziewięć w dziewięciu meczach, więc w rodzimych mediach pojawił się przekaz, że tylko kataklizm może jej odebrać bezpośredni awans.

Musiała przegrać w Włochami co najmniej różnicą dwóch bramek, by stracić pierwsze miejsce w grupie. Przegrała i straciła. Ale bezpośredni awans uzyskiwała też najlepsza drużyna w dodatkowej tabeli utworzonej z tych, które zajęły drugie miejsce w grupach (bez uwzględnienie wyników z ostatnimi zespołami w grupie). Nie wdając się w szczegóły - Polaków mogli wyprzedzić Grecy, jeśli następnego dnia wygraliby na wyjeździe z Irlandią Północną różnicą przynajmniej dwóch bramek. Wygrali różnicą jednej, więc w rodzimych mediach rozpoczęła się euforia. Piłkarze prowadzeni przez Jerzego Brzęczka na pewno zagrają w przyszłym roku w finałach mistrzostw Europy do lat 21 organizowanych wspólnie przez Serbię i Albanię. Wspomniany trener tak skomentował okoliczności awansu swojej drużyny (za: laczynaspilka.pl):

„Piłkarski Bóg wczoraj nas ostrzegł, pokazał, sprawdził, ale dzisiaj doszedł do wniosku, że w tych dziewięciu meczach zasłużyliśmy na awans. Ale też dał nam do myślenia i sygnał, żebyśmy wyciągnęli wnioski”.

Ja wyciągnąłem je jeszcze w trakcie meczu z Włochami, na żaden Greków następnego dnia nie musiałem czekać. I ich zwycięstwa tylko jedną bramką nie odbierałem w kategoriach cudu, bo tak traktuję wprzęgnięcie w uzasadnienie awansu sił wyższych, który uratował polską drużynę przed koniecznością gry w barażach zaplanowanych na listopad. Niestety w mojej ojczyźnie uwierzono w cud znacznie wcześniej.

Oczekiwanie na sukces polskiej piłki jest tak wielkie, że każdy sygnał dający na to nadzieję zostaje przez media natychmiast „podkręcony” nawet do granic absurdu. Dlatego wyniki reprezentacji młodzieżowej były interpretowane jednoznacznie – i kto powiedział, że się nie da? Kto powiedział, że polska reprezentacja nie może grać pięknie i ofensywnie? Kto powiedział, że grając tak, strzelając dużo bramek i nie tracąc wiele, nie może lać wszystkich po kolei? Kto powiedział, że nie mamy zdolnych piłkarzy potrafiących grać na tym samym poziomie, co najlepsi w Europie?

Reprezentacja młodzieżowa miała stanowić przeciwieństwo tej pierwszej, szczególnie że ostatnio mocno niedomagała. Jej trenera już namaszczono w mediach na następcę Jana Urbana, a nastroje tak rozhuśtano, że liczono na kolejne zwycięstwo w meczu we Włoszech. Nikt nie zadał sobie pytania – jak to możliwe, że w ciągu zaledwie jednego sezonu doczekaliśmy się tak świetnych zawodników i drużyny?

Niestety okazało się, że to rozumowanie zdecydowanie na skróty, w którym popełniono zasadniczy błąd. Polska miała w grupie słabych rywali, na tle których potrafiła błyszczeć. Istotny w całych eliminacjach, dla oceny jej wartości, był tylko mecz z Włochami w Szczecinie. Wygrany 2:1, ale wygrany z trudem. I teraz już wiadomo, że było to zwycięstwo ponad stan polskiej młodzieżowej piłki. W rewanżu w Pescarze goście wyglądali na tle gospodarzy jak nieopierzeni juniorzy walczący z doświadczonymi seniorami. Weryfikacja ich rzeczywistych możliwości okazała się wyjątkowo brutalna.

Kolejny pęd do sukcesów w rodzimej piłce, jak choćby wiara w siłę klubowych drużyn po awansie w rankingu UEFA dzięki punktom zdobytym w trzecioligowej europejskiej Lidze Konferencji, okazał się znów drogą na skróty...

▬ ▬ ● ▬