2026-04-29
Niektórych trochę poniosło
W europejskich mediach euforia. Tylko tak można określić relacje z pierwszego meczu półfinałowego Ligi Mistrzów Paris Saint-Germain z Bayernem Monachium.
Goście wyszli na prowadzenie, ale gospodarze szybko wyrównali, by następnie zdobyć drugiego gola. Bayern jeszcze przed przerwą zdołał odrobić straty. Potem jednak PSG strzelił trzy bramki. Czyli wszystko pozamiatane? Nic podobnego, bowiem goście odpowiedzieli dwoma golami.
Czy wszyscy nadążyli za tą wyliczanką? Czy są w stanie bez problemu podać wynik? Naprawdę można się pogubić, gdy pada aż dziewięć bramek. Na wszelki wypadek doprecyzuję – w pierwszym meczu półfinałowym Ligi Mistrzów Paris Saint-Germain pokonał Bayernem Monachium 5:4.
I w europejskich mediach, nie tylko w krajach, z których są wspomniane kluby, zaczęła się istna jazda bez trzymanki w opisie wydarzeń. Już przeczytałem, że był to „najlepszy mecz w XXI wieku”. No, bez przesady. Nie zawsze, szczególnie na tym poziomie, pada tyle bramek, ale chyba niektórych trochę poniosło, bo pamiętam jeszcze bardziej niesamowity. Finał Ligi Mistrzów w 2005 roku w Stambule, uznany potem za najlepszy w tych rozgrywkach!
AC Milan prowadzi po pierwszej połowie z Liverpoolem 3:0. Ale angielska drużyna odrobiła straty po przerwie, co oznaczało dogrywkę. Gdy nie przyniosła rozstrzygnięcia, o zdobyciu pucharu zdecydowała seria rzutów karnych. W bramce zaczął tańczyć Jerzy Dudek, próbując zdekoncentrować strzelających. Skutecznie, bo jego Liverpool wygrał te karne 3:2.
Jednak w Stambule dramaturgi i emocji było zdecydowanie więcej. Pierwsza bramka już po niecałej minucie! A w przedostatniej minucie dogrywki Dudek obronił dwa strzały Andrija Szewczenki, ratując swoją drużynę przed porażką. Przynajmniej dla mnie wtorkowym wydarzeniom z Paryża jednak trochę brakowało, by dorównać tym sprzed lat ze wspomnianego finału.
Ciekawi mnie co innego. Gdy jakaś drużyna przegrywa na przykład 1:4 czy 1:5, z reguły wszyscy się nad nią pastwią wytykając straszne błędy w grze defensywnej. Gdy jednak w meczu pada jeszcze więcej bramek, a kończy się najmniejszą możliwą różnicą gwarantującą zwycięstwo albo remisem, zaczyna się pianie z zachwytu i gloryfikowanie piłkarzy za atrakcyjną grę. Jakby przy bardziej wyrównanym meczu już nikt błędów nie popełniał.
Piłka to gra błędów. I całe stada analityków pracujących w każdym z czołowych klubów starają się prześwietlić rywali na wylot. W związku z tym pytanie – czy ci z Paryża i Monachium tak dobrze wykonali swoją pracę, że ich piłkarze nastrzelali tyle bramek, czy tak kiepsko, że tyle samo albo i więcej dali nastrzelać sobie?
▬ ▬ ● ▬







