2014-07-17
Okradli mnie!
Śpieszę wyjaśnić, że tytuł nie ma nic wspólnego z wydarzeniami kryminalnymi, którymi straszono wszystkich przyjezdnych. Ale w psychice poczynił podobne spustoszenia.
Na każdej wielkiej imprezie są takie momenty, do których się wraca, pamięta przez lata. I wcale nie musi to być ten ostatni mecz decydujący o tytule. W mojej pamięci pozostało przede wszystkim kilka obrazków związanych z występami gospodarzy finałów mistrzostw świata - Brazylii.
Może zacznę od najsmutniejszego. To było ze dwie i pół godziny przed ich meczem z Kamerunem w Brasilii. Bramki wejściowe na stadion jeszcze pozamykane. Przed każdą ustawiła się już gigantyczna kolejka. W jednej z nich czołowe miejsce zajmował niepełnosprawny chłopak, czy może lepiej – młody mężczyzna, siedzący na wózku. Z tyłu stał jego znajomy lub ktoś z rodziny. Ten na wózku trzymał kawałek kartonu, na którym było napisanych kilka słów. Nie znam portugalskiego, nie pamiętam nawet jednego słowa, ale bez problemu wszystko zrozumiałem. Ten napis to był apel – nie róbcie nam zdjęć.
Pewnie mieli już dość patrzących na nich obiektywów. Byli przecież inni od reszty, więc od tej reszty ciekawsi. Przynajmniej z perspektywy tych z aparatami. Ponieważ nastały czasy, że nie trzeba się uczyć robić zdjęć, skoro robią je już wszyscy, więc każda fotka odmienna od innych jest na wagę złota. Po zakończeniu mistrzostw znalazłem w brazylijskich mediach informację, że według szacunkowych danych na 64 meczach zrobiono 45 milionów zdjęć!
Scenka druga, ku pokrzepieniu serc. Mecz Brazylii z Chile w Belo Horizonte. Zaczynają grać hymn gospodarzy. Piłkarze Canarinhos śpiewają, jak zwykle z pasją. Przed nimi stoją dzieciaki, tradycyjnie wychodzące z obiema drużynami na boisko, i śpiewają z jeszcze większym zacięciem. Wszystkie bardzo poważne, przejęte swą rolą przed ważnym dla ich reprezentacji meczem. Może na innych meczach też śpiewały, tylko ich nie zauważyłem? Zapamiętam akurat te z Belo Horizonte.
I trzeci mecz Brazylii, z Niemcami, znów w Belo Horizonte. Żeby lepiej zrozumieć co za chwilę napiszę, potrzebny jest nieco dłuższy wstęp. Jako dziecko przeczytałem książkę „Pele, Garrincha, piłka…”, napisaną przez Igora Fiesunienkę, dziennikarza ze Związku Radzieckiego, bo powstała dawno temu. Pamiętam pierwszy rozdział o derbach Fla-Flu, czyli Flamengo – Fliminense. Opis niesamowitej atmosfery na Maracanie, w całym Rio. To działało na dziecięcą wyobraźnię. Mityczny kraj futbolu na drugim końcu świata, wręcz nierzeczywisty. Do niego właśnie jechałem, a przy okazji miałem jeszcze oglądać mistrzostwa świata.
W Rio poszedłem na stadion Fluminense, na którym reprezentacja Brazylii zagrała swój pierwszy mecz. W Santosie zobaczyłem stadion, an którym rodziła się legenda Pelégo. Przekonałem się jak dużo piłka może znaczyć dla jakiegoś narodu.
A później był mecz z Niemcami. Poczułem się jakby mnie ktoś okradł, zadrwił sobie ze mnie bez znieczulenia. Jak głupek, który przez lata dał się karmić śmiesznymi historiami. Wokół siebie miałem patrzących z osłupieniem na boisko dziennikarzy. Jedni pytali drugich – co tu się dzieje, gdzie my jesteśmy, o co tu chodzi? Szok to niewłaściwe słowo. Może zacznie funkcjonować powiedzenie – „jak Brazylia w meczu z Niemcami”? Co miałoby oznaczać? Sytuację trudną do wyobrażenia, która jednak się wydarzyła.
W Belo Horizonte coś się w piłce skończyło bezpowrotnie. W mojej piłkarskiej wyobraźni też. Jeśli ktoś może lać Brazylię do przerwy 5:0 w półfinale mistrzostw świata na jej terenie, to w piłce może już zdarzyć się wszystko.
Szkoda, że wspomnienia z tych mistrzostw będę zaczynał od tego meczu. Podejrzewam, że takich jak ja jest więcej.
▬ ▬ ● ▬








