Przewietrzyli serca?

Zakończyła się faza grupowa mistrzostw świata. W jednym przypadku zakończyła się dokładnie tak, jak przewidywano. W drugim, jak można było przewidzieć.

Przed meczami ostatniej rundy grupowej niespodziewanie najwięcej emocji wzbudzał mecz Austrii z Algierią. Niespodziewanie dla naiwnych czy słabiej zorientowanych. Żeby odpowiednio przygotować tło wydarzeń, przypomniano „hańbę w Gijon” z finałów mistrzostw świata w Hiszpanii w 1982 roku. Bez wdawania się w szczegóły Niemcy i Austriacy umówili się wtedy na wynik 1:0, który premiował oba zespoły kosztem Algierii.

Minęły 44 lata i znów (za: przegladsportowy.onet.pl):

„Austria i Algieria zmierzą się w bezpośrednim spotkaniu, które zdecyduje o 2. miejscu. Paradoksalnie żadnej z ekip nie opłaca się wygrywać niedzielnego meczu. Wszystko przez układ drabinki, bo 2. miejsce w grupie J trafi na zwycięzcę grupy H, czyli najpewniej Hiszpanię. 3. lokata daje za to mecz 1/16 finału ze zwycięzcą grupy G, czyli Egiptem, Iranem lub Belgią. A to dużo łatwiejsze zadanie, zwłaszcza wobec słabej gry Belgii.

Na to zwracał uwagę już przed startem mundialu Florian Ederer, profesor z Uniwersytetu Bostońskiego. Obu drużynom opłaca się przegrać, więc najbardziej prawdopodobny jest klincz i remis 0:0 — który będzie gorszą wiadomością dla Austrii. Wtedy to ona zajmie 2. miejsce dzięki lepszemu bilansowi bramek”.

I mecz rzeczywiście zakończył się remisem, tyle że 3:3. Austriacy zdobyli wyrównującą bramkę w szóstej minucie doliczonego czasu gry, choć teoretycznie doliczone były cztery. Gdyby nie zdobyli, odpadliby z turnieju. Czyżby jednak „czysty” mecz? Z dystansem podchodziłem do poniższego fragmentu jeszcze przed jego rozpoczęciem (za: sport.tvp.pl):

„Podejrzewać Algierię o »umówienie się na wynik?«. To nie byłoby w ich stylu. W sercach Algierczyków wciąż pozostaje olbrzymia zadra za 1982 rok. Rabah Madjer i spółka zostali pozbawieni marzeń o niespodziance na mundialu. Na logikę bardziej prawdopodobny jest odwet Algierii na Austrii niż sequel »Hańby z Gijon«”.

Czyżby Algierczycy jednak przewietrzyli serca, skoro było, jak było? Niech każdy odpowie sobie sam. A przy okazji zapytam - czy naprawdę ktoś wierzy jeszcze w zasady czystego fair play we współczesnej piłce? Przecież to branża, w której funkcjonuje żelazna zasada – kombinuj jak możesz. Zawsze i wszędzie!

Trudno też być zaskoczonym wynikami na mistrzostwach reprezentacji Urugwaju, która odpadła zajmując trzecie miejsce w grupie za Hiszpanią i Wyspami Zielonego Przylądka, po zdobyciu w trzech meczach zaledwie dwóch punktów. Przed tym ostatnim z Hiszpanią, przegranym 0:1, nie można się było spodziewać niczego dobrego, skoro media prześcigały się w doniesieniach o konflikcie piłkarzy z argentyńskim trenerem Marcelą Bielsą, który zdążył już ogłosić swoją rezygnację (za: przegladsportowy.onet.pl)

„Piłkarze byli niezadowoleni z bardzo intensywnych treningów oraz konsekwentnego forsowania wysokiego pressingu i ustawienia 4-3-3. Część kadrowiczów opowiadała się za bardziej pragmatycznym stylem gry, zwłaszcza przed kluczowym starciem z Hiszpanią. Atmosfera w drużynie miała stawać się coraz bardziej napięta, a relacje między trenerem i zawodnikami określano jako bardzo trudne.

Przed decydującym spotkaniem z Hiszpanią doszło do burzliwej rozmowy szkoleniowca z zespołem. Spotkanie trwało blisko 50 minut, a część zawodników miała opuścić salę jeszcze przed jego zakończeniem. Bielsa miał z kolei oskarżać niektórych piłkarzy o próby doprowadzenia do jego zwolnienia”.

Zaskoczenie, niespodzianka? Raczej nie dla wszystkich. Wystarczy posłuchać czy poczytać wypowiedzi zawodników, którzy mieli okazję wcześniej pracować z argentyńskim szkoleniowcem w klubach. Wyłania się z tego obraz toksycznej osobowości, człowiek „trudny we współżyciu”, więc naprawdę ciężko być zaskoczonym opisanymi wydarzeniami. Wydaje się, że Urugwaj przegrał już znacznie wcześniej te mistrzostwa, gdy zatrudnił właśnie jego.

▬ ▬ ● ▬