Skoro tacy słabi, to...

Fot. Trafnie.eu

Skoro tacy słabi, to...
Reprezentacja Polski nie wystąpi w tegorocznych finałach mistrzostw świata. To efekt wtorkowej porażki ze Szwecją 2:3 w Sztokholmie w finale baraży.

Taki wynik na pewno nie jest totalnym zaskoczeniem. Przynajmniej dla mnie. Ostrzegałem przecież przed meczem, że rywale teoretycznie mają więcej atutów. Ale jak to zwykle bywa w podobnych sytuacjach, zaczyna się walka serca z rozumem. Polacy dwa razy przegrywali i dwa razy doprowadzali do wyrównania. Wtedy serce rosło. Niestety rozum wziął górę, bo uważani za faworytów gospodarze dobili gości trzecią bramką na dwie minuty przed końcem podstawowego czasu gry.

No i zaczęły się sypać komentarze, w których często dominują określenia – tak bardzo boli, nie do wiary, niemożliwe, było tak blisko… Boli na pewno, gdy traci się decydującą bramkę w samej końcówce. Ale czy bolałoby mnie przy wyniku 0:1 i bramce straconej na początku już w drugiej minucie? Wtedy na pewno znaleziono by inne argumenty dla podparcia tej samej tezy o szczególnym bólu związanym z porażką.

Gdy ktoś mówi, że było tak blisko, czyli w domyśle – zabrakło dwóch minut do dogrywki, zawsze przekornie powtarzam – drużyna było o te dwie minuty za słaba! Za słaba, by w samej końcówce ustrzec się błędu decydującego o wyniku i w tym wypadku decydującego też o awansie do finałów mistrzostw świata.

Nie trafiają do mnie argumenty o pomocy sędziego rywalom. To byłoby zbyt płytkie i naiwne wytłumaczenie porażki. Tak samo jak uskarżanie się na prymitywny „średniowieczny” (!) styl Szwedów, których my „gnietliśmy”, „graliśmy najlepiej od dawna”, tylko nie miało to przełożenia na wynik. No właśnie, znów trzeba przypomnieć banał, że w piłce liczy się tylko jeden czynnik – skuteczność! Szwedzi zaprezentowali lepszą skuteczność, dlatego pojadą na mistrzostwa świata. Nie sądzę, by w ich kraju ktokolwiek przejmował się dziś stylem gry drużyny Grahama Pottera.

I przy okazji zastanawiam się, po co nam ten awans, gdyby udało się jednak we wtorek wygrać w Sztokholmie, choćby po karnych? Najpierw byłaby euforia, potem wygadywanie głupot. Może znów jechalibyśmy po medal jak do Rosji? I następnie w finałach pewnie znów kwękanie, jak w Katarze, że „nie da się ich oglądać”. A skoro się nie da, to trzeba czyjąś głowę poświęcić, więc ta Jana Urbana, którego niektórzy próbowali już zwalniać w przerwie meczu z Albanią, pewnie by wtedy spadła.

Polska piłka od wielu lat prezentuje ten sam poziom. Raz, podczas EURO 2016, reprezentacji udało się awansować do ćwierćfinału wielkiej imprezy, co było efektem kilku pozytywnych czynników. Ale tylko tyle i drużyna wróciła szybko do poziomu, który reprezentowała wcześniej i prezentuje zbliżony teraz.

Dlatego jej porażki ze Szwecją nie traktuję w kategorii końca świata. Przyjmuję ją z pokorą, jak wiele podobnych, których niestety miałem okazję doświadczyć wcześniej. I mam nadzieję, że skoro ci Szwedzi tacy słabi, a jednak nas ograli, moi rodacy zleją ich w ramach rewanżu w Lidze Narodów, do czego okazja nadarzy się już jesienią.

▬ ▬ ● ▬