2026-01-11
W wielkich klubach bez zmian
Jakub Moder jest podobno wściekły, co wydaje się bardzo prawdopodobne. I wcale mu się nie dziwię, bo na jego miejscu czuł bym się pewnie tak samo.
Według holenderskich mediów (za: przegladsportowy.onet.pl):
„Moder ma być wściekły na sztab medyczny klubu, który nie zauważył, że Polak zmaga się z przepukliną kręgosłupa. I to - jak informują dziennikarze - mimo wyraźnych objawów. Tym samym Moder nie mógł liczyć na odpowiednie leczenie, które przyspieszyłoby jego powrót na boisko. (...)
Prawda o problemach wyszła na jaw dopiero, gdy pomocnik wrócił do Polski i udał się na konsultację lekarską. W październiku przeszedł operację przepukliny i dopiero za kilka tygodni powinien być gotowy do gry”.
Trudno się dziwić Moderowi. Pewnie na jego miejscu też byłbym wściekły. Czytając o nim, przypomniałem sobie o podobnych problemach, które miał przed laty Jerzy Dudek, gdy z tego samego Feyenoordu przeszedł do Liverpool FC. Podzielił się nimi w swojej biografii (za: „nieREALna kariera”, Arskom Group, 2015):
„W lecie 2001 roku wróciłem po wakacjach do Rotterdamu i na pokazowym treningu dla kibiców Feyenoordu na stadionie De Kuip też miałem problemy z pachwiną. Byłem pod znakomitą opieką (niestety, już świętej pamięci) klubowego fizjoterapeuty Dicka van Toorna, pseudonim... Frankenstein. Przygotowywałem się indywidualnie, dlatego nie miałem tych najcięższych fizycznych treningów. Wyleczyłem kontuzję, zagrałem dwa czy trzy mecze i zostałem sprzedany do Liverpoolu”.
W nowym klubie wróciły stare problemy:
„Gdy w Liverpoolu znów dokuczała mi pachwina, fizjoterapeuta próbował ją leczyć według schematu – masaż, lód i do domu. Następnego dnia to samo – masaż, lód i do domu. Trzeciego znów – masaż, lód i może dwadzieścia minut rowerku. W kolejnych dniach rowerek był najwyżej zastępowany bieganiem na ruchomej bieżni, co zupełnie mi nie pomagało. Miałem dość, więc zadzwoniłem do Holandii do Frankensteina i poprosiłem, żeby podesłał zestaw ćwiczeń, które tak szybko pozwoliły mi wyleczyć ten sam uraz, gdy grałem w Feyenoordzie. Wyciągnął go z archiwum i przesłał e-mailem. W domu po cichu pracowałem sam, między innymi ze sztangą. Oczywiście nie mogłem się nikomu w klubie tym pochwalić. Ale gdy przychodziłem na kolejne zajęcia i widać było ogromne postępy, fizjoterapeuta był przekonany, że to jego zasługa. Z uśmiechem stwierdził:
– No widzisz, świetnie. A mówiłem ci, tylko spokojnie, a wszystko wróci do normy.
Komiczne! Ciekawe, co by powiedział, gdyby poznał prawdę.
Wcześniej zastanawiałem się, dlaczego chłopaki czasami uciekają do zaufanych fizjoterapeutów we Francji, Hiszpanii czy w Niemczech, choć teoretycznie w Liverpoolu mieli znakomitą opiekę. Teraz już wiedziałem”.
Tyle lat minęło, a problemy polskich piłkarzy ciągle te same. Zresztą nie tylko ich. Kilka razy pochylałem się przecież nad Lorisem Kariusem i jego występem w barwach Liverpoolu w finale Ligi Mistrzów z Realem Madryt w 2018 roku. Choć podczas meczu doznał wstrząśnienia mózgu, lekarz pozwolił mu grać dalej, przez co zawalił dwie bramki, co doprowadziło do porażki angielskiej drużyny.
Czyli wiara, że w najsłynniejszych klubach wszystko jest zorganizowane perfekcyjnie i do bólu profesjonalne, to mit. Szczególnie jeśli chodzi o opiekę medyczną. Aż strach pomyśleć, co by dalej było z Moderem, gdy nie przyjechał do Polski, tylko dalej polegał na medyków pracujących w Rotterdamie.
▬ ▬ ● ▬







