Wyścig straceńców

Odpaliłem internet i naprawdę się przeraziłem. Czy z moją głową jest aż tak źle, skoro nie zauważyłem, że nasi jednak grają w finałach mistrzostw świata?

Taki wniosek podsunęła mi lektura jednego z tytułów, właściwie tylko jego początku: „Wstyd, żenada, kompromitacja…” Pomyślałem, że przecież to określenia kojarzące się od lat z występami moich rodaków tak właśnie opisywanymi przez rodzime media. Czyżby więc nasi…

Spokojnie, z moją głową nie jest jeszcze tak źle. Źle jest z sąsiadami z południa, czyli Czechami, kopanymi bez znieczulenia przez swoje media i kibiców po pierwszych dwóch meczach w mistrzostwach. Przypomnę tylko, że najpierw przegrali 1:2 z Koreą Południową, potem zremisowali 1:1 z Republiką Południowej Afryki. I jak czytam, krytycy poczynać drużyny domagają się głowy jej trenera Miroslava Koubka NATYCHMIAST.

Zawsze, gdy rozpoczynają się finały mistrzostw świata czy Europy, czekam na ten moment. Z reguły mniej więcej do drugiej kolejki, choć tym razem poszło znacznie szybciej, bo wystarczyła już pierwsza. Chodzi o trenerów i kubły pomyj jakie wtedy zaczynają się na nich wylewać. Serię związaną z trwającymi mistrzostwami rozpoczął selekcjoner reprezentacji Tunezji Sabri Lamouchi, pogoniony z zajmowanego stołka już po inauguracyjnym meczu ze Szwecją przegranym 1:5.

Zacząłem się zastanawiać, że skoro drużynę do boju poprowadził tak straszny nieudacznik, którego trzeba było zwolnić już po inauguracyjnym spotkaniu w finałach, jak ocenić tego, który go zatrudnił? Skoro nie wiedział komu daje robotę, w te pędy sam się powinien podać do dymisji. Nie zauważyłem jednak jakichkolwiek oznak działań tunezyjskiej federacji mających to oznaczać.

Wracając do wymienionego już Koubka, czy to nie ten sam, którego wymieniano z podnieceniem zaledwie kilkanaście dni wcześniej jako rekordzistę? Oczywiście, że ten sam, który już podczas inauguracyjnego starcia z Koreą Południową został najstarszym selekcjonerem prowadzącym drużynę w finałach mistrzostw świata w wieku 74 lat, 9 miesięcy i 11 dni. Dlaczego jeszcze przed rozpoczęciem turnieju nikt nie protestował? Dlatego nikt nie miał odwagi stwierdzić – on się już nie nadaje, stop!

Każde finały mistrzostw świata czy Europy przypominają mi wyścigi straceńców. Najpierw jest awans, euforia, pochwały, laurki, nadzieje związane z występem w mistrzostwach, w których trener ma poprowadzić drużynę. Z reguły znacznie większe niż możliwości ich realizacji. Na własne więc życzenie wsiadają na karuzelę, z której wielu, może nawet większość, wypadnie z hukiem. Lamouchi już wypadł, reszt czeka w kolejce i za długo czekać nie będzie.

Na razie tylko sygnalizuję więc temat, który w najbliższych dniach stanie się mocno rozwojowy. Do końca mistrzostw powinienem się nim jeszcze pożywić. Może nawet nie jeden raz.

▬ ▬ ● ▬