Żądza rewanżu

Fot. Trafnie.eu

Reprezentacja Polski szykuje się w Sztokholmie do decydującego meczu ze Szwecją o awans do finałów mistrzostw świata. Jeśli ten z Albanią nie miał być łatwy, to…

Zdecydowanie nie taki scenariusz liczyłem. Przyznaję, że życzyłem w drugim półfinałowym meczu barażowym zwycięstwa Ukraińcom ze Szwedami. Życzyłem z kilku powodów. Mam dla nich szacunek, że mimo wojny w swoim kraju starają się normalnie rywalizować we wszystkich międzynarodowych rozgrywkach, choć żadnego w nich meczu nie mogą rozgrywać w domu. Dlatego na ten barażowy i drugi, jak się okazało już tylko towarzyski, wybrali Walencję. W ciepłej Walencji nigdy nie byłem, w odróżnieniu od zimnego Sztokholmu, więc i ten argument, choć marginalnie, przemawiał dla mnie za Ukrainą.

Ale chyba najważniejszy był kolejny, czysto piłkarski. Szwecja to drużyna ze sporym potencjałem, która znalazła się w dołku. Przecież w eliminacjach do mistrzostw świata spisywała się fatalnie (ostatnie miejsce w grupie), a możliwość gry w barażach zapewniły jej jedynie wcześniejsze wyniki w Lidze Narodów.

Pomyślałem, że jeśli wygra z Ukrainą, będzie źle. Po pierwsze, wyjazdowe zwycięstwo stanie się oczywistym dowód, że kryzys ma już za sobą i wychodzi z dołka. A skoro tak, będzie niezwykle trudnym rywalem w finale baraży u siebie.

Trener Jan Urban przyznał, że nie spodziewał się tak pewnego zwycięstwa Szwedów. Ja też nie. Rozprawili się szybko z Ukraińcami aplikując im trzy bramki (hat-trick Viktora Gyökeresa!), a tracąc jedną w doliczonym czasie gry, kiedy wszystko już było pozamiatane. Dla mnie ten najmniej korzystny dla polskiej reprezentacji scenariusz spełnił się wręcz w najgorszej możliwej formie.

Czytając zapowiedzi szwedzkich mediów przed wtorkowym meczem dość łatwo można ocenić kto ma go wygrać. Oczywiście gospodarze i nawet przedstawicielom narodu, którzy podchodzą do życia z chłodnym realizmem, mocno już rozgrzały się głowy. Urban nie ma zamiaru w najmniejszym stopniu tonować tego optymizmu, więc twierdzi, że rywale będą zdecydowanymi faworytami.

Na jego miejscu robił bym to samo. Przed meczem z Albanią przypominałem, że drużyna uchodząca za faworyta „MUSI”, w odróżnieniu od tej, która faworytem nie jest, więc tylko „MOŻE”. Choć faworyt to tylko słowo, którego nie da się ocenić w konkretnej skali, więc ma czysto teoretyczne znaczenie, jednak często powtarzane może znacznie wpłynąć na głowy piłkarzy. I oby wpłynęło, bo wtedy większy ciężar będą musieli udźwignąć Szwedzi.

Nie oszukujmy się – przemawia za nimi więcej argumentów. Wydaje się, że nowy trener Graham Potter już wyprowadził ich z kryzysu i są na fali. Może jeszcze niezbyt wielkiej, ale na pewno są po zwycięstwie z Ukrainą. Do tego grają u siebie, a tam reprezentacji Polski udało się ostatnio wygrać w... 1930 roku. Wtedy mnie jeszcze na świecie nie było, ale gdy już byłem, wszystkie mecze ze Szwedami pamiętam jako niezwykle trudne. Także ten sprzed czterech lat, gdy udało się ich wreszcie ograć w Chorzowie 2:0, też w barażach i też o awans do mistrzostw świata. Dla kilku szwedzkich grajków, którzy wtedy poczuli gorycz porażki, jej wspomnienie jest teraz najlepszą motywacją do gry.

Po wtorkowym meczu okazja do kolejnego nadarzy się znacznie szybciej. Polacy już na jesieni znów zmierzą się ze Szwedzi w Lidze Narodów. Kto będzie wtedy bardziej pałał żądzą rewanżu?

▬ ▬ ● ▬