2026-05-02
Znowu będzie nasz
Już tradycyjnie drugiego maja w Warszawie odbył się finał Pucharu Polski. I też tradycyjnie po raz kolejny stał się prawdziwym wydarzeniem w polskiej piłce.
Odkąd mecz finałowy odbywa się na Stadionie Narodowym, czyli od 2014 roku, miałem okazję oglądać na żywo wszystkie. Także te dwa, które z powodu pandemii koronawirusa (2020, 2021) zostały przeniesione do Lublina, ponieważ przy ograniczeniu dopuszczalnej liczby widzów nie było sensu rozgrywania ich na tak wielkim obiekcie.
Zawsze z niecierpliwością czekam na ten finał, bo stał się prawdziwym wydarzeniem w polskiej piłce. Nie będzie przesady w stwierdzeniu, że wręcz jej towarem eksportowym, który można pokazywać i zachwalać na całym świecie. Zacięta i ambitna walka o trofeum na boisku, a na trybunach pokaz inwencji i wyobraźni, bądźmy szczerzy – czasami za wielkiej, kibiców. W sumie trudno się nudzić na pewno. No i jeszcze, ale to już tylko dla wybranych, specjalne atrakcje po meczu. Zawsze na konferencję prasową trenera wygranej drużyny specjalny „wjazd” robią zawodnicy w szampańskich nastrojach, dosłownie i w przenośni, obficie kąpiąc go w szampanie właśnie.
W tym roku do finału awansował Górnik Zabrze i Raków Częstochowa. Bilety rozeszły się błyskawicznie, a w bardzo ciepły i słoneczny dzień na trybunach stadionu w Warszawie zasiadło 50 072 widzów. Mniej więcej w trzech czwartych byli to kibice Górnika! Razem z tymi Rakowa dopingowali swoje drużyny przez calutki mecz. Bo finał to okno wystawowe dla sympatyków każdego polskiego klubu. Odkąd rozgrywany jest na Narodowym, za punkt honoru stawiają sobie, by zaprezentować się na meczu wyjątkowo. Dlatego tradycyjnie prześcigają się w najbardziej wymyślnych oprawach, w których kartoniady czy wielkie sektorówki odgrywają kluczową rolę.
Trzeba jednak dodać - były takie finały, że niestety boiskowe wydarzenia stanowiły tylko uzupełnienie do rywalizacji o nieformalne mistrzostwo kraju w odpalaniu fajerwerków czy ogni sztucznych. W tym roku też takie były, ale raczej w oszczędnej formie, w porównaniu z poprzednimi latami, więc sędzia nie musiał przerywać meczu, by przewietrzyć nieckę stadionu od nadmiernego zadymienia.
Górnik wygrał 2:0, po golach Roberto Massimo i Maksyma Chłania, czyli sprawdziła się przyśpiewka jego kibiców, że „Puchar Polski znowu będzie nasz”. Znowu, bo ostatni raz zdobyli go w 1972 roku, wtedy po raz piąty z rzędu (!), więc sporo się naczekali, aż 54 lata.
Mecz emocjami nie rzucił na kolana. Jednak od finałów nigdy za wiele nie wymagam, więc w żadnym razie rozczarowany nie byłem. Ot, po prostu typowy finał – dużo walki i nieustępliwości, a w końcówce także niestety trochę przepychanek i bijatyki. Nawet Jonatan Braut Brunes, czyli z pozoru piłkarz ze Skandynawii z chłodną głową, nie wytrzymał ciśnienia i się zagotował brzydko faulując Lukasa Podolskiego, za co natychmiast wyleciał z boiska. Pokrzywdzony po meczu jednak nie próbował robić z siebie na siłę ofiary twierdząc, że na boisku są emocje, więc zdarzają się różne rzeczy. A obaj panowie w drodze na ceremonię medalową się wyściskali.
Podolski wszedł na kilka końcowych minut i jako kapitan ładnie się zachował, gdy miał odebrać wymarzony puchar. Nie chciał tego robić sam, tylko przyprowadził na podium legendarnego obrońcę Stanisław Oślizłę, który był wśród kilku osób wręczających medale. Symboliczny obrazek - idol dawnego wielkiego Górnika z idolem kibiców tego obecnego. A potem Podolski z pucharem poszedł na trybunę za jedną z bramek do kibiców, którzy go wręcz uwielbiają.
Zapowiedział wcześniej, że ten sezon będzie jego ostatnim w karierze. Ale gdy został na konferencji prasowej zapytany, czy zdania jednak nie zmieni, odpowiedział, że po sezonie będzie się musiał spokojnie zastanowić. Gdy od jednego z dziennikarzy w strefie udzielania wywiadów dowiedział się o tym Erik Janža, tylko się uśmiechnął i stwierdził:
„To będzie grał...”
▬ ▬ ● ▬








