O wyższości disco polo nad Harvardem

Fot. Trafnie.eu

Legia od czwartku stała się niezwykle popularna. Nie jest to jednak popularność, na której klubowi z Warszawy specjalnie zależy. Wręcz przeciwnie.

Porażka u siebie z drużyna F91 Dudelange z Luksemburga w rozgrywkach Ligi Europejskiej była w piątek komentowana na wszelkie sposoby. Nie mogę się zgodzić z już powszechnym nazywaniem tego wyniku kompromitacją.

Bo jeśli kompromitacja goni kompromitację, staje się normą. A przecież  Legię leje kto tylko może. W tym kontekście należałoby raczej nazwać sensacją dwa lipcowe zwycięstwa Legii nad irlandzkim Cork City! Bo tylko one zakłóciły równy poziom dołujących wyników uzyskiwanych wcześniej i później w ostatnich dwóch latach.

Przeczytałem apel do Dariusza Mioduskiego, by spojrzał w lustro i przyznał się do błędów. Trochę mnie ów apel rozbawił, bo gdyby rzeczywiście posiadał tak silną zdolność do autorefleksji, czy w Legii działo by się to, co się dzieje? Czy ktoś potrafiący uczyć się na własnych błędach podejmuje jedną decyzję gorszą od drugiej?

Chciałem nawet trochę poszperać i przypomnieć co Mioduski mówił przed rokiem, czy nawet wcześniej. Ale stwierdziłem, że szkoda czasu. Zamiast tego lepiej dokonać prostego porównana.

Oto dwaj prezesi klubów - Mioduski w Legii i Cezary Kulesza w Jagiellonii. Ten pierwszy lubi pływać w tworzonych przez siebie zdaniach. Media go nie peszą, raczej dowartościowują. Bo poczucie wartości ma na poziomie zdecydowanie wyższym od przeciętnej. Skończone studia prawnicze na Harvardzie są argumentem trudnym do zlekceważenia.      

I dla kontrastu Cezary Kulesza, czyli przykład kogoś, kto dzięki piłce nożnej wskoczył na zupełnie inny poziom życia. Pamiętam go z boiska, choć lepsze byłoby stwierdzenie, że raczej kojarzę nazwisko z określonym okresem bycia w kadrze Jagiellonii, bo występów za wiele nie zaliczył. I do piłkarskich orłów nie należał.    

Ale miał inne zalety. Między innymi smykałkę do interesów i to już w czasach biegania za piłką. Bez kończenia wielkich uniwersytetów zajął się robieniem pieniędzy na muzyce disco polo. Z powodzeniem, co pozwoliło mu wrócić do Jagiellonii już w nowej roli. Dziś jest jej prezesem i jednocześnie wiceprezesem PZPN.

W mediach go prawie nie ma, choć to głównie dzięki niemu w Białymstoku zbudowano klub, który od kilku sezonów należy do krajowej czołówki. Zbudowano na miarę możliwości, czy nawet ponad ich miarę. Transferów dokonywano przemyślanych, a trenerów staranie wybierano i nie zwalniano z byle powodu.  

Efekt jest taki, że Jagiellonia prezentuje dziś zbliżony poziom do Legii, choć ma budżet kilkakrotnie mniejszy. Czyli, biorąc pod uwagę potencjał i możliwości obu klubów, osiąga znacznie więcej! Stabilna finansowo, bez wstrząsów, zawirowań, niepotrzebnego nadymania się i puszenia związanego z planowanym podbojem piłkarskiej Europy.

Płynie z tego prosty wniosek, że nie zawsze wiedza zdobyta na Harvardzie musi wygrać w życiu z disco polo. Dla mnie wniosek okrutny, bo nie znoszę tego czegoś nazywanego muzyką kryjącą się pod dwoma wspomnianymi słowami. Mam jednak na tyle rozumu, by docenić zdolności biznesowe i organizacyjne Kuleszy, przećwiczone najpierw w niełatwym biznesie disco polo, a potem udoskonalone na jeszcze trudniejszym runku piłkarskim.

Zastanawiam się, czy są to argumenty zdolne trafić do przekonania Dariusza Mioduskiego. Raczej wątpię...  

    ▬ ▬ ● ▬